Publishing

Magda Wójcik

Znamy ją jako głos i twarz zespołu Goya – z mnóstwem przebojów na koncie (m.in. „Smak słów”, „Tylko mnie kochaj”, „W zasięgu Twego wzroku”) i pięcioma bestsellerowymi albumami. Ale Magda Wójcik ma do powiedzenia znacznie więcej. „Utkane z wyobrażeń” – to tytuł jej pierwszej solowej i w pełni autorskiej płyty. „Nie ukrywam, że dopingowała mnie ambicja” – mówi ze śmiechem o pomyśle na własny album. „W Polsce wokalistki postrzega się wyłącznie jako osoby śpiewające, a ja od zawsze komponuję i piszę teksty, a od jakiegoś czasu zajmuję się też produkcją i innymi aspektami tworzenia muzyki... Znam swoją wartość, ale teraz chcę to wyraźnie pokazać światu”. Ważna była poza tym chęć zagospodarowania kreatywności: „Między kolejnymi płytami zespołu Goya nasze studio stoi wolne. Żal byłoby go nie wykorzystać, skoro nie ma problemu z pomysłami... Mnie nie wystarcza, że ukazuje się płyta Goyi, jest promocja, a potem niewiele się dzieje. Cały czas odczuwam potrzebę, żeby coś tworzyć, bo sprawia mi to po prostu wielką przyjemność”.

Dlaczego nie kolejna płyta Goyi? – mógłby ktoś zapytać, słysząc znajomą, ciepłą barwę głosu. Magda nie zamierza uciekać od porównań. „Nie da się ich uniknąć” – twierdzi. „Jest ten sam wokal co w Goyi, są podobne melodie, rozwiązania harmoniczne, bo tam też przecież piszę piosenki. Jednak gdy nad płytą pracują trzy osoby, to często nawzajem stopują się w swoich oczekiwaniach muzycznych, muszą dojść do kompromisu. Tu wszystko wychodziło ode mnie i kończyło na tym, co wymyśliłam”. Od pracy nad materiałem świadomie odsunął się Grzegorz Jędrach – muzyczny (i nie tylko) partner Magdy. „Grzegorz odpowiada tu za rzeczy typowo techniczne, jest realizatorem dźwięku. Ale produkcją zajmuję się ja: wiem jakie brzmienie chcę uzyskać, jak rozłożyć dźwięk, aranżowanie i produkcja utworów są dla mnie bardzo pociągające. Sama wymyśliłam partie wszystkich instrumentów, które wykonują różni muzycy, na całej płycie gram na klawiszach – to też nowość, bo na płytach Goyi robi to Rafał Gorączkowski. Odpowiadam za wszystkie ich brzmienia: od fortepianowych, przez partie smyków, po dziwne, ‘chemiczne’ rzeczy. Na gitarach gra Wiktor Tatarek, inny gitarzysta, bo Grzesiek ma pod palcami specyficzne brzmienie... Będą też męskie chórki, zaprosiłam kolegę, który dobarwi muzykę, sprawi że zabrzmi trochę inne pasmo”.

Janek Radwan to nie jedyny śpiewający mężczyzna pojawiający się na płycie. Album promowany jest przez utwór „Nie wymińmy się" – duet z Marcinem Rozynkiem. „Zależało mi na tym, żeby zaprosić artystę trochę outsiderskiego” – mówi Magda. „Marcin ma taki właśnie sposób śpiewania, frazowania. Poza tym znamy się od wielu lat, lubimy się... Nie chciałam tylko, żeby to był utwór o miłości. Niezręcznie bym się czuła śpiewając o tym w duecie z mężczyzną który ma swoją rodzinę. Powstał tekst o poszukiwaniu człowieka przez drugiego człowieka w tym zabieganym świecie. Czasami tylko się mijamy i dużo tracimy nie poznając kogoś dokładniej”. Pod względem muzycznym piosenka nawiązuje do najlepszej tradycji kompozytorskiej, co podkreśla klasyczna aranżacja wzbogacona akordeonem Mikołaja Majkusiaka.

Nie znaczy to, że album zamyka się w obrębie stylowej muzyki pop. Magda dba o zaskoczenie słuchacza. Utwór „Weszło mi w krew" zwraca uwagę atmosferą niczym ze starych filmów sensacyjnych. „Pierwsze były smyki, one pociągnęły za sobą aranż utworu” – wspomina kompozytorka. „Wiedziałam już, że będzie miał bondowski klimat. A skoro tak, to tekst musiał być przewrotny, tajemniczy, szpiegowski”. Zupełnie odmienny klimat znajdziemy w „Halo, ziemia”. „Pierwszym i najważniejszym motywem jest tu chemiczny, pulsujący bas” – mówi Magda. „On narzucił piosence nowoczesny charakter. Słuchając kolejnych kawałków nie da się jednoznacznie powiedzieć, w jakim stylu jest płyta. W jednym utworze pojawiają się brzmienia lat 60., 70., a w innym jest nowocześnie. Ten album to miks różnych fajnych dźwięków, które mnie inspirowały, spojonych przez element wokalu”. Sporo emocji powinien dostarczyć utwór „Latawiec”, w którym partie liryczne przeplatane są drapieżnymi, rockowymi gitarami: „To kolejny wyróżnik albumu: w zespole Goya utwory sobie płyną, mają mniej więcej równą formę, a tu jest więcej akcentów dynamicznych. Najlepiej ujął to Marcin Rozynek: ‘Słyszę, że Magda gra bardziej męsko, niż z chłopakami w zespole’. Coś w tym jest” – śmieje się Wójcik. I dodaje, że w tego typu piosenkach pokazuje też trochę inne oblicze tekstowe: „To utwór o toksycznej miłości, kobiecie uwięzionej i nie chodzi o uwięzienie fizyczne, tylko uzależnienie od mężczyzny. Tekst nie mówi bezpośrednio o mnie, ale coraz bliższe są mi obserwacje ciemniejszych stron związków, życia. Jestem już kobietą dojrzałą, przeżywającą zarówno chwile uniesień, jak wahań i rozterek. Staram się wykorzystywać te wyrywki z życia codziennego w twórczości”.

W utworze „Dobrze, dobrze” można się doszukać związków z początkiem kariery Magdy, gdy z gitarą lub fortepianem wykonywała tzw. piosenkę poetycką. „Jestem dumna z tamtej twórczości, mimo że była trochę banalna i mało profesjonalna” – deklaruje wokalistka „Ten utwór ma coś z tamtego klimatu, jest jakaś ciągłość, choć oczywiście jest znacznie bardziej rozbudowany, słychać że zrobiłam duży postęp”. Warto przy okazji wspomnieć, że Magda już w 1993 roku opublikowała „solową” kasetę, zatytułowaną „Tłuczone szkło”. Najbardziej zagorzali fani będą niedługo mogli posłuchać tego materiału: „Nie uciekam od tamtych piosenek. Jeśli ma się siedemnaście-osiemnaście lat i kilkanaście własnych utworów w repertuarze, to raczej można się chwalić. Ta kaseta, nagrana dzięki zespołowi Stare Dobre Małżeństwo, w ich studiu, jest świadectwem mojego rozwoju muzycznego. Być może udostępnię ją w jakiejś formie po odświeżeniu dźwięku”.

Taki dorobek to nic dziwnego, bo Magda Wójcik komponuje i pisze teksty od najmłodszych lat: „Przełomem było pojawienie się w domu pianina. Miałam wtedy kilka lat i zupełnie naturalnie siadałam przy nim i coś wystukiwałam. Najpierw zasłyszane melodie, później sama zaczęłam je układać... Potem były różne zespoły w moim rodzinnym mieście, Krasnymstawie. I te ostrzejsze – bluesowo-rockowe, i wokalne – śpiewałam na przykład w dziewczęcym zespole w którym nauczyłam się utrzymywać w dźwięku, tworzyć harmonie”. Wena nie opuszczała wokalistki w czasie działalności zespołu Goya, z którym związana jest od 1995 roku. Nie inaczej jest teraz. „Nigdy nie odkładam utworów do szuflady” – deklaruje. „Uważam, że po czasie piosenki tracą, więc wolę tworzyć je na bieżąco. Tak powstał materiał na solową płytę. Nie zastanawiałam się czy piosenki będą bardziej pasowały do Goyi czy nie, tylko tworzyłam je na bieżąco”.

Fanów Goyi można uspokoić. Grupa ma się dobrze i wróci z nowa płytą, gdy świat zdąży oswoić się z „Utkane z wyobrażeń”. „Dostałam pełne wsparcie ze strony zespołu, grzechem byłoby nie wykorzystać możliwości, jakie mamy. To kolejny etap w moim życiu, mam nadzieję że da słuchaczom tyle radości, co mi” – mówi Magda.

Plastic

P.O.P, premiera 9 października

 

Plastic tworzą Agnieszka Burcan (wokal, instrumenty klawiszowe, programowanie, Absolwentka Wydziału Jazzu i Muzyki Rozrywkowej w sekcji kompozycji i aranżacji oraz wokalu Akademii Muzycznej w Katowicach) i Paweł Radziszewski (gitara, bas, programowanie).

To zespół i duet producencki.

Aga jest także kompozytorem i autorem wszystkich utworów.

Debiutancka płyta PLASTIC ukazała się w 2006 roku i była nominowana do Fryderyków w 2 kategoriach: Album Roku – Muzyka Klubowa i Nowa Twarz Fonografii. W 2008 roku w polskich preselekcjach konkursu Eurowizji Plastic zajął trzecie miejsce i zdobył nowe, szersze grono fanów.

Utwory Plastic ukazały się na kultowych składankach. Zespół wystąpił na wielu prestiżowych festiwalach: Coke Live Music Festiwal, Nokia Trends Lab, Free Form Festival, finał Keep The Moment, Orange Warsaw Festival. Występują live z kilkuosobowym zespołem. Grają z pozytywnym, energetycznym przesłaniem. Roisin Murphy, spośród wielu polskich artystów wybrała Plastic, do supportowania jej koncertu w Warszawie 12 Listopada 2008. Za piosenkę “Lazy Day” Plastic otrzymał Grand Prix Pepsi Vena Music Festival 2008 pokonując ponad 700 zespołów z całego świata. Utwór ten promuje nowy album zespołu, który ukaże się 9 października 2009.

Druga płyta znacznie różni się od pierwszej. Na nowym albumie znalazły się bardziej dojrzałe i melodyjne utwory. To zupełnie nowe i zaskakujące brzmienie Plastic w innej niż dotychczas stylistyce. Ich muzyka jest prawdziwie eklektyczna. To charakterystyczne połączenie elementów akustycznych i elektronicznych, współczesnych i retro.

Na płycie gościnnie wystąpił ekscentryczny klawiszowiec Eddie Stevens (Moloko, Rosin Murphy, Zero 7, Freak Power, Sia). Jest też sporo innych interesujących niespodzianek: Tomson & Wozz (Afromental), kwartet smyczkowy, sekcja dęta i wielu innych gości. Specjalnym bonusem do nowej płyty zespołu Plastic będzie cover wielkiego przeboju Dire Straits “Money For Nothing”, który ukazał się na albumie Klubowe Granie Life Re Designed (2009).

 

P.O.P. Popular Ordinary Problems to opowieść o pokoleniu żyjącym na przełomie tysiącleci zawieszonym między wirtualnym a realnym życiem.Poważne i mniej poważne rozważania o przyczynie i powodzie do życia na ziemi, chorobach cywilizacyjnych, zagubieniu, przepracowaniu, nieludzkim tempie życia, bezsenności i walce z grawitacją przy porannym wstawaniu. P.O.P. ostrzega przed atakiem próżnej głupoty, szaloną pogonią za popularnością i doskonałym wyglądem, pustką emocjonalną i intelektualną. Mówi, że świat nie jest tak przytulny jak się wydaje. P.O.P. to jednak bardzo optymistyczne treści, pełne pozytywnej energii. Plastic przekonuje wprost, że nigdy nie było lepiej. Puszczają do nas oko przesyłając całusy z księżyca. Śpiewają o rzeczach, które lubią, dla których warto się budzić co rano. O tym, że warto kochać, być razem, czuć się częścią większej P.O.P

całości. Teraz jest moment w którym żyjemy, moment by spełnić dawno zapomniane marzenia.

Możemy zmienić swoje życie, teraz jest na to czas i nie dostaniemy drugiej szansy. Posłuchaj więc P.O.P. - wybierz inną stronę rzeczywistości – lepszą i ciekawszą.

Plastic: „Potrafimy cieszyć się z małych rzeczy i to jest tajemnica optymizmu, który płynie z naszych piosenek. Nad albumem pracowaliśmy dość długo i intensywnie. Zmieniliśmy całkowicie stylistykę , brzmienie i wizerunek. Będzie to spora niespodzianka dla tych którzy pamiętają naszą debiutancką płytę. Zmiana nie była do końca zaplanowana, zaufaliśmy intuicji i poszliśmy za weną. Staraliśmy się by całość była spójna i przemyślana, jednak pozostaje bardzo różnorodna. Po prostu tak wiele nas interesuje i tak odmienne rzeczy nam się podobają. Muzyka motywuje nas do działania i to jest najbardziej szczere i prawdziwe.“

LOV

Rok temu, o tej samej porze, zespół LOV jeszcze nie istniał. A gdy już powstał, odniósł zwycięstwo w programie „Nowa generacja”, wystąpił na festiwalu TOPtrendy, a teraz wydaje debiutancką płytę... Talent poparty ciężką pracą sprawił, że to najgorętsza nazwa wśród młodych zespołów na polskiej scenie. Zaczęło się dwa lata temu we Wrocławiu, od nienazwanego projektu Bartka Kapłońskiego (gitarzysta, realizator dźwięku, kompozytor m.in. przebojów Moniki Brodki) i Andrzeja Strzemżalskiego (wokalista, klarnecista, pianista, kompozytor muzyki do filmów niezależnych). „Trafiłem na koncert pierwszej kapeli Andrzeja” – wspomina Bartek. „Usłyszałem jeden numer, grali akurat cover i stwierdziłem że chłopak potrafi zaśpiewać po angielsku tak, że nie czuć obciachu, że jest w tym potencjał. Stwierdziłem, że warto coś razem zrobić, mimo że dzieliła nas różnica wieku. Na początku próbowaliśmy niezobowiązująco, aż w końcu zaczęło to przybierać konkretne kształty”. Bardzo konkretne – duet nagrał w profesjonalnym studiu cały materiał na płytę, ale... „Jak skończyliśmy, stwierdziliśmy że nie o to nam jednak chodziło. Nie chcieliśmy wydawać czegoś, co nie do końca spełnia nasze oczekiwania. Zamiast pracy w domu, postawiliśmy na stworzenie zespołu z prawdziwego zdarzenia”. Skład uzupełnili Paweł Rosiak (basista, który grał z Andrzejem we wspomnianym młodzieńczym zespole) i Bolek Wilczek (perkusista). „Granie na żywo, w cztery osoby, natychmiast daje pazur” – mówi Bartek. „Piosenki nabierają wspólnego sznytu wynikającego z osobowości muzyków. Nie ma tego, gdy pracuje się przy komputerze”.

Wiosną 2008 roku, niedługo po zebraniu składu, pojawiła się możliwość udziału w „Nowej generacji” – konkursie dla młodych zespołów na antenie TV4. Wtedy też powstała nazwa. „Musieliśmy jakoś podpisać zgłoszenie i zaczęliśmy wypisywać pomysły, co tylko człowiekowi przychodzi do głowy. LOV należała do ciekawszych propozycji, a ponieważ nie było czasu na jakiekolwiek konsultacje – wysłaliśmy zgłoszenie bez namysłu. Okazało się, że nazwa się sprawdziła. Jest krótka, intrygująca i dobrze się ją skanduje na koncertach” – opowiadają ze śmiechem (choć naprawdę koncerty dopiero przed nimi). Dodają, że wymyślony wyraz należy czytać fonetycznie: „low”. Zespół przygotował na konkurs własną kompozycję oraz energetyczną wersję „Kiedy byłem małym chłopcem” Breakoutów. Urzekł jury, przedzierając się przez kolejne etapy, aż do zwycięstwa. „Musieliśmy być niezwykle sprawni, bo na wszystko było bardzo mało czasu” – wspomina Bartek. „Tempo wykluczało zastanawianie – trzeba było iść za intuicją. Ważne, że mieliśmy cel i że dużo ze sobą przebywaliśmy: graliśmy pięć dni w tygodniu, po kilka godzin. Wykształciła się przyjacielsko-koleżeńska ekipa. Okazało się że pasujemy do siebie, że dobrze nam się pracuje. Program dał nam też potężny impuls wizerunkowy. Pokazaliśmy się, ludzie mogli się przekonać, że mamy swój styl, bo nawet robiąc covery przemycaliśmy coś swojego, zaskakującego”.

Konsekwencją „Nowej Generacji” był występ na TOPtrendach i otrzymana tam nagroda jury. Wiązała się z tym też niezależność finansowa i artystyczna. Mając opłaconą sesję nagraniową, bez żadnych nacisków i sugestii, zespół wszedł do studia w Radiu Gdańsk, by nagrać piosenki pod okiem uznanego producenta, Tomasza Bonarowskiego. „Zaczęliśmy pracować po TOPtrendach, całość powstała w 9 miesięcy” – mówi Bartek. „Chcieliśmy, żeby materiał powstał szybko, szkoda było zmarnować medialny potencjał. Poszło sprawnie. Dzięki zespołowej pracy mieliśmy dobrze opanowane piosenki – mogliśmy nagrywać w studiu na tzw. setkę. Podstawowe instrumenty tworzyły trzon do którego dokładaliśmy tylko drobiazgi. Chodziło o przeniesienie klimatu znanego z występów w ‘Nowej Generacji’, żeby to miało charakter, bez producenckich sztuczek”. Powstała muzyka wykraczająca poza stylistyczne podziały. Andrzej: „Skoro gramy na gitarach, tłuczemy w bębny i czasem się wydzieramy, to na pewno jest to rock’n’roll. Natomiast jeśli chodzi o konstrukcję piosenek, spoglądamy na rozwiązania popowe. W dobrym znaczeniu tego słowa – nie plastikowym, z jakim pop kojarzy się w Polsce”. Bartek, który skomponował wszystkie piosenki, uzupełnia: „Kompozycje powstają najpierw na gitarę akustyczną i wokal. Już na tym etapie piosenka musi być na tyle nośna, żeby jej się fajnie słuchało. Dopiero potem dobudowywana jest cała reszta. Cały czas dbamy o melodie – nawet na etapie miksu one wysuwają się na pierwszy plan”. Piosenki na płycie „MINUS SZUM” wyróżniają się spójnością stylistyczną i aranżacyjną. To zaleta tworzenia w zwartym czasie. Są przy tym odpowiednio zróżnicowane – znajdą się tu numery do poskakania i do przytulania. Wszystkim przyświeca przewodnia myśl, którą muzycy z przymrużeniem oka określają: „romantyzm z niewielkim dodatkiem melancholii”. Najlepszym przykładem jest pierwszy singel, „Wiem”... „Staramy się mówić o sprawach między ludźmi” – mówi Bartek, który napisał tekst. „O tym, że próbujemy sobie poradzić na świecie, a nie do końca nam się to udaje. Przeważnie bierze się to stąd, że komplikacje rodzą się w naszej głowie. Sami sobie przeszkadzamy w osiągnięciu szczęścia i zadowolenia. Namawiamy do tego, żeby samemu zrobić coś ze swoim życiem, a nie zrzucać winę na okoliczności, na los”. Równie urzekająca jest nastrojowa piosenka „O obrotach ciał”. „Romantyczna rzecz, powinna spodobać się dziewczynom. Mówi o tym, że spotykamy się z drugą osobą, chcemy się jak najbardziej zbliżyć, stać drugą połową jabłka... Ale tak naprawdę nie jest to osiągalne. Każdy z nas jest z innej planety. Dzielą nas miliony lat”. W „Wiem” słychać z kolei ciekawe, komputerowe metafory. Nic dziwnego u zespołu, który wypracował pozycję na portalu MySpace. Bartek: „Lubię, żeby w tekście było coś aktualnego, teraźniejszego. Piosenki z użyciem wzniosłych, archaicznych słów wydają mi się wydumane. Ja nie unikam słów prostych, potocznych, towarzyszących nam na co dzień. Nie udaję natchnionego poety”. Przykładem językowej inwencji jest też mocniejsza brzmieniowo, [„O T O N I E A”]. „To piosenka o tolerancji. Trudno człowiekowi zaakceptować, że wszyscy nie są tacy sami jak on. A jeśli trochę odpuścimy, może nas czekać miła niespodzianka... Przyszło mi do głowy żeby spersonifikować dwie litery alfabetu, nadać im ludzkie cechy, stworzyć przeciwstawne postaci”. Poza Bartkiem teksty pisze Andrzej, nie unikając (jak w „Feng Shui”) osobistych doświadczeń.

Po premierze płyty (sierpień/wrzesień 2009) zespół zamierza spotykać się z fanami na koncertach. Biorąc pod uwagę fakt, że zdobył ich już dziesiątki tysięcy wyłącznie za sprawą telewizji i Internetu – rok 2009 będzie należał do LOV.

 

Renata Przemyk

Dwupłytowy album „Odjazd”, który ukazał się 13 listopada to kolejny owoc współpracy Renaty Przemyk z poetką Anną Saraniecką.

Pierwsza płyta to domowa wersja nagrań ze studia Renaty - w całości zagrana przez nią samą.

Techniczną obróbka i zgraniem zajął się Piotr Lala Lewicki (Pudelsi, Homo Twist).

Druga płyta to efekt współpracy aranżacyjnej i produkcyjnej Renaty, Leszka Łuszcza (Maria Peszek, Wilki) oraz wybitnego pianisty- solisty Sebastiana Bernatowicza.

To niecodzienne rozwiązanie jest zapisem ewolucji piosenek, możliwości ich traktowania, prawdy o twórczym procesie - a słuchaczowi daje wybór, bo z pewnością jedna z tych wersji bardziej przypadnie mu do gustu.

 

Piosenki, które znalazły się na tej płycie napisane zostały z myślą o spektaklu pod tym samym tytułem.

W warstwie literackiej zarówno ironicznie jak i refleksyjnie opowiadają o wewnętrznym świecie współczesnego ”okularnika” – między innymi o jego rozterkach, rozmyślaniach dotyczących przeszłości, problemach z akceptacją rzeczywistości i o miłości romantycznej.

W warstwie muzycznej zaś piosenki te są powrotem do korzeni artystycznych Renaty- akustyczne instrumenty, duży ładunek energetyczny, melodyjne kompozycje, proste brzmienia spaja czasem subtelny, a czasem post punkowy, charakterystyczny wokal.

Płytę promuje singiel „Odjazd”.

 

Foto E.Schonfeld

Janusz Panasewicz

Premiera 19 września 2008

25 lat na scenie, kilkanaście płyt, dziesiątki przebojów, wyrazisty image... Może się wydawać, że Janusz Panasewicz – wokalista Lady Pank – jest postacią, o której wiadomo wszystko. Czas zrewidować to przekonanie.

 

Pierwszy solowy album odsłania zupełnie nowe oblicze artysty.

„Nie ma tu zwariowanych riffów, ostrego grania” – mówi Panasewicz. „Polega to bardziej na klimatach. Widziałbym tę płytę jak zbiór opowiastek. Jakbym siedział gdzieś przy barze, z papierosem, ze szklaneczką czegoś przyjemnego, i opowiadał przyjacielowi krótkie historie z obserwacji lub osobiste”.

Słowo „osobiste” stanowi klucz do zawartości albumu. Janusz pisze teksty nie od dziś. Jest autorem wielu hitów Lady Pank (m.in. „Znowu pada deszcz”, „Młode orły, „Słońcem opętani” „Na granicy”).

Tym razem mógł jednak w pełni ujawnić swój talent. „Przy pisaniu dla Lady Pank musiałem pamiętać o stylu zespołu. Nie mogłem przegiąć, zagłębiać się w osobiste historie. Teraz nie mam żadnych ograniczeń, sam za wszystko odpowiadam, pod własnym nazwiskiem mogę sobie na wiele pozwolić. W tekstach zespołu, tekstach Andrzeja Mogielnickiego, często chodziło o to, żeby przywalić, żeby było walecznie. Chciałem spróbować czegoś innego. 25 lat śpiewania o małpach… Czasem trzeba o ludziach” – śmieje się wokalista.

Już pierwszy singel, „Po co słowa”, zwraca uwagę wyjątkowo intymnym podejściem. Okazuje się, że to jak najbardziej naturalne. Drapieżny Panasewicz to w dużej mierze stereotyp... „Ja z natury jestem, powiedziałbym, romantyczno-melancholijny” – deklaruje muzyk. Wywołany został nastrój, człowiek łapie bardziej refleksyjny stan ducha... ‘Po co słowa’ to jedna z wielu piosenek o uczuciach. Ludzie bez przerwy do siebie mówią, a słowa są tak naprawdę niepotrzebne. Jeżeli ktoś czuje bliską osobę, to czasami nawet wstydzi się pewne rzeczy powiedzieć. Druga strona powinna je przecież zrozumieć, instynktownie, patrząc w oczy”.

 

Muzyczne oblicze płyty: akustyczne gitary, fortepian, nastrojowy śpiew... „Głos wytyczył kierunek, wtedy wszystko się wyjaśniło” – mówi producent, Bodek Kowalewski (ex basista Maanamu). „Janusz zaśpiewał z taką melancholią, że zaczęliśmy zmieniać aranżacje utworów. Narzucało się, że muszą być inne, eleganckie” – uzupełnia współproducent, Grzegorz Jędrach (gitarzysta Goya). Dwaj muzycy są właścicielami STUDIA „Kopalnia dźwięków i fonii”, w którym zarejestrowano materiał. Kowalewski: „Mieliśmy komfort nie liczenia się z zegarem. On był dla nas, nie dla kasy”. Praca ruszyła równocześnie z powstaniem studia, na początku 2008 roku.

„Znam się z Bodkiem od zawsze, od czasów, kiedy zaczynał Lady Pank i Maanam. Razem graliśmy, ale też spotykaliśmy się towarzysko” – mówi Panasewicz. „Towarzystwo to podstawa. Żeby mieć band, musisz się dobrze czuć, inaczej nic nie wyjdzie, nie ma mowy. Bodek zaproponował mi kilka lat temu w domowym zaciszu jakieś wstępne kawałki... Potem przenieśliśmy się do sali prób. Byli inni muzycy i klasyczne gitarowe granie, trochę rhythm’n’bluesowe. Odłożyliśmy to, a potem dostałem te kompozycje w nowych aranżacjach: smyk, fortepian, akustyczna gitara... Słuchając ich zacząłem pisać w taki a nie inny sposób…”

Wśród kompozytorów poza producentami są Piotr Nalepa (grał w poprzednim wcieleniu solowego składu), Piotr Winnicki (Porter Band, uczestniczył w obecnych nagraniach), jest też piosenka Krzysztofa Kieliszkiewicza z Lady Pank. Kowalewski i Jędrach nagrali w studiu partie gitar i basu, poza tym udzielają się Łukasz Dudewicz (bas), Rafał Gorączkowski (instrumenty klawiszowe) – obaj z grupy Goya.

Lekko soulowym podejściem urzeka „Obudź się”: „Rzecz opowiada o dwojgu ludzi, którzy niby są ze sobą, ale nie widzą, nie dostrzegają siebie. Numer jest o tym, żeby się obudzić, popatrzeć jak to wszystko się kręci.

Piosenka „Blue” zaskakuje klimatem swingowym. „Lubię takie rzeczy. Fajnie się ich słucha w wykonaniu Nat King Cole’a, ale dla rockowca to trudna rzecz do zaśpiewania” – ujawnia wokalista. Dramatyczne miłosne wyznanie słychać w „Zapomniałaś, że...”. Panasewicz komentuje krótko: „Jak w każdym związku – raz jest lepiej, raz gorzej”. Piosenka „Nadzieja się nie kończy”, z piękną partią smyków, dotyczy z kolei spraw bardziej ogólnych: „Chciałem się tu sprzeciwić sytuacjom, które mnie bez przerwy dotykają. Świństwa, brud, niefajne informacje… Ludzie, którzy mają jako-taką wrażliwość chcą od tego uciec”.

 

Janusz Panasewicz zadebiutował na scenie jeszcze jako uczeń liceum, w 1973 roku. Prawdziwą karierę datuje jednak od 1982 roku, gdy stanął przy mikrofonie w Lady Pank. Jednej z najważniejszych grup polskiego rocka, z dziesiątkami przebojów na koncie (m.in. „Mniej niż zero”, „Zamki na piasku”, „Tańcz głupia tańcz”). Wokalista nie unikał udziałów gościnnych – śpiewał w charytatywnym projekcie Nasz Wspólny Świat (1987), z Piotrem Zanderem (1988), Krystyną Prońko (1990) czy Robertem Gawlińskim (1997). Dał się też poznać jako aktor, grając jedną z głównych ról w filmie „Nic” Doroty Kędzierzawskiej (1998), a ostatnio epizod w popularnym serialu „39 i pół”.

Solowy album to zwieńczenie, i zarazem otwarcie nowego rozdziału, jego kariery. „Od początku chciałem, żeby to było zupełnie inne od Lady Pank” – mówi. „Janek Borysewicz oferował się nawet, że może skomponować kilka numerów, ale powiedziałem ‘Bardzo dziękuję, cenię cię jako gitarzystę, ale masz tak charakterystyczne zagrania, że to natychmiast skojarzy się z Lady Pank!’ Jest mnóstwo artystów, którzy wydają solową płytę, a w zasadzie cały czas słuchasz ich zespołu... Jaki jest sens? Mi chodziło o zupełnie inną wypowiedź, w zupełnie innych klimatach”.

Zupełnie nowych klimatów należy spodziewać się też na koncertach. Niebawem ruszy trasa promująca. Twórcy płyty zapowiadają wyjątkowe występy, w specjalnej oprawie, w kameralnych salach. Januszowi Panasewiczowi towarzyszyć będzie na żywo ekipa młodych, zdolnych muzyków.


galeria »

Pectus

PECTUS powstał wiosną 2005 w Rzeszowie. Został finalistą 44 Krajowego Festiwalu Piosenki Polskiej "Debiuty" Opole 2007, oraz zdobywcą Grand Prix Międzynarodowego Festiwalu Piosenki "Carpathia Festival" Rzeszów 2006.

Kolejne nagrania zespołu powstają przy współpracy z producentem Tomkiem Bonarowskim.

W sierpniu 2008 Pectus z piosenką "To, co chciałbym Ci dać” zdobywa SŁOWIKA PUBLICZNOŚCI podczas Sopot Festival.

27 lutego 2009 roku ukazuje się debiutancki album grupy, zatytułowany po prostu „Pectus”. Jest dopracowany pod względem brzmieniowym i kompozytorskim. Wszystkie kompozycje i teksty są autorstwa Tomka Szczepanika, natomiast producentem płyty został Jasiek Kidawa.

Kolejny singiel „Jeden moment” króluje na wszelkich listach przebojów i zajmuje pierwsze miejsce wśród polskich przebojów najczęściej prezentowanych w Radio w 2009 roku..

Rok 2009 okazał się dla zespołu bardzo szczęśliwy. Podczas 46. Sopot Festival 2009, zespół Pectus odebrał Złotą Płytę za debiutancki album, który od dnia premiery sprzedał się w ponad 15 tysiącach egzemplarzy. W czerwcu tego roku podczas Opolskiego Festiwalu w konkursie PREMIER Pectus za piosenkę "Życie na dystans" otrzymał Brązową Premierę. Opolski Festiwal przyniósł również Superjedynkę w kategorii Debiut Roku.

Rok 2010 obfituje w koncerty, jednocześnie zespół w swoim rzeszowskim studio pracuje nad drugim albumem..

20 lipca 2010 Pectus do stacji radiowych trafił singiel „Oceany” zapowiadający nową płytę. Piosenka bardzo szybko wspina się na krajowej i regionalnej liście Airplay Chart. Śmiało można już powiedzieć, że szykuje się kolejny przebój.

 

24 września ukazał się drugi album zespołu Pectus, zatytułowany „Stos praw”.

Zawiera 11 autorskich kompozycji. Nagrany został w Pectus Studio w Rzeszowie i Studio Hendrix w Lublinie. Za realizację i mix odpowiedzialny jest Sławomir Gładyszewski, natomiast za mastering Leszek Kamiński.

Ala

Na jesieni 2007 roku ukazał się jej debiutancki, solowy album „Higher”, który stworzyła wspólnie z Jackiem „Perkozem” Perkowskim, ex gitarzystą T. Love. Mimo młodego wieku ma za sobą spore doświadczenie – występowała w popularnym młodzieżowym zespole. Ala zdobywała szlify w szkole muzycznej w klasie fortepianu i fletu. Od najwcześniejszych lat była otwarta na muzykę, na różne jej oblicza. Gdyby chcieć określić styl muzyczny płyty należy przywołać nowoczesny rock, obudowany nowymi, elektronicznymi brzmieniami, trochę zadziornego ska i trochę …reggae.

 

Na przełomie 2009 i 2010 roku piosenki z albumu „Higher” zarówno w wersji oryginalnej, po angielsku, jak i z nowymi polskimi tekstami trafiły do nowego serialu TVN „Majka”. Muzyka Ali będzie towarzyszyła serialowi przez wszystkie 190 odcinków, aż do finału w paździrniku 2010.

„Majkę” promuje piosenka „Nie pytaj”, która jest coverem słynnego hiszpańskiego utworu „Porque te vas” (w orginale znalała się na scieżce dźwiękowej do filmu Carlosa Sury „Nakarmić kruki”).

 

W kwietniu 2010 ukazała się płyta „Majka – piosenki z serialu i nie tylko”, na której znalazło się 5 piosenek Ali Boratyn, w tym przebojowy „Nie pytaj” oraz „SMS”.

 

W serialu „Majka” pojawiło się również 6 zupełnie nowych, premierowych utworów Ali, które stworzyła w wspólnie z gitarzystą Jackiem Perkowskim. Piosenki te znajdą się również na drugim albumie młodej wokalistki, który ukaże się w październiku 2010, w dniu zakończenia serialu.


galeria »

Blue Cafe

Miłość, pasja, prawda i samotność. Tak wyglądają cztery pory roku według Blue Cafe. Zespół, który przez ostatnie lata nie schodził ze szczytu polskiej sceny, wraca z nowym albumem. Bardziej niż kiedykolwiek spójnym: pod względem klimatu, brzmienia, tekstów... Innym, a jednak w doskonale rozpoznawalnym stylu.

„Gdy porównuję tę płytę z poprzednią, widzę długą drogę” – mówi Paweł Rurak-Sokal, lider formacji. „Wtedy było wzajemne poznawanie się, badanie możliwości. Nowa płyta jest pod każdym względem bardziej świadoma” – uzupełnia Dominika Gawęda, która stoi w Blue Cafe przy mikrofonie. „Dominika jest mocą sprawczą tego albumu” – kontynuuje Paweł. „Jej olbrzymie możliwości wokalne, rozpiętość barwy i skali dały mi duże możliwości zabawy różnymi stylami. Są tu odniesienia do klasyki, do popu, R&B... Dominika potrafi zmienić się z wokalistki nostalgicznej w kobietę pełną energii, drapieżną, uwodzącą. Prowadzi słuchacza przez cztery pory roku w odniesieniu do różnych stanów ducha”.

 

Tytuł „Four Seasons” przywieźli z zasłużonego urlopu. „Od trzech lat nie miałem ani jednego wolnego dnia od pracy, setki koncertów, nagrań” – wyjaśnia Paweł. „Byłem bardzo zmęczony, stałem właściwie pod ścianą. Marzyłem o urlopie. Pojechaliśmy z grupą przyjaciół na Malediwy. Dwa tygodnie oderwania od rzeczywistości, spotkanie z delfinami... Dużo osobistych przeżyć. Miejsce, w którym mieszkaliśmy, nazywało się Four Seasons. Pomyślałem: czemu nie? Pasuje to przecież do moich klasycznych korzeni, przychodzi na myśl Vivaldi”. Równie pozytywne doświadczenia ma Dominika: „Kolory, zapachy z tego wyjazdu pozwoliły mi w nowy sposób spojrzeć na rzeczywistość. Ułatwiły pisanie słów do piosenek”.

Dominika śpiewa w Blue Cafe od trzech lat, ale po raz pierwszy wzięła na siebie większość obowiązków związanych z tekstami. „Super doświadczenie, wreszcie mogłam się spełnić w tej dziedzinie” – mówi z entuzjazmem. „Oczywiście, nie uważam, że proces jest skończony. Chcę się w tym doskonalić, to niezły sposób na rozwijanie wyobraźni”. Wokalistka wniosła zupełnie nową jakość: „Teksty opowiada pewną historię. Słyszymy wstęp, potem rozwinięcie i jesteśmy ciekawi, jak to się skończy. Mam nadzieję, że zaintrygują słuchaczy”. Potwierdza to Paweł: „Teksty są bardziej literackie i bardziej spojone z muzyką. Ta efekt tego, że ja i Dominika dobrze się rozumiemy na polu twórczym. Ona wyczuwa moje intencje, a potem potrafi przekazać na swój sposób – wrażliwej, 22-letniej kobiety – całkiem dojrzałe obserwacje”.

Potwierdzają to utwory w rodzaju „Freedom”, w którym latynoski motyw gitarowy zgrabnie komponuje się z refleksją dotyczącą meksykańskiej malarki Fridy Kahlo. Albo „Girl in Red”, gdzie opowiadaną historię wzmacniają dźwięki ilustracyjne: strzały, sygnał karetki pogotowia... Wrażenie robi też „The Real Me” zbudowany na odniesieniach do klasyki – Paderewskiego, Brahmsa, Mahlera – współgrającymi z wizerunkiem współczesnej wokalistki.

Większy niż poprzednio nacisk położyli muzycy na śpiewanie po polsku. Utwory „Czas nie będzie czekał” i „Niewiele mam” promują album. „To ukłon w stronę fanów” – deklaruje Dominika. „Przez ostatni rok było dużo próśb, żeby piosenki trafiające do radia były zaśpiewane w naszym języku”. Paweł: „Trochę się tego obawiałem, ale okazało się, że połączenie muzyki z polską warstwą literacką daje większą siłę”.

Do ciekawostek tej płyty należy fakt, iż dwa teksty zostały napisane zbiorowo przez muzyków zespołu. („Believe” i „Wonderful”)

 

Producentami „Four Seasons” są Paweł Rurak-Sokal i Kamila Sowińska. Kamila – „menadżer zespołu i muzyk z wykształcenia ma więcej dystansu i obiektywizmu do mojej twórczości” -wyjaśnia lider Blue Cafe. Podkreśla też rolę Włodka Kowalczyka, realizatora ze studia Winicjusza Chrósta w Sulejówku, z którym osiągnął niemal telepatyczne porozumienie...

 

Premiera nowej płyty następuje w wyjątkowym dla Blue Cafe momencie. Zespół obchodzi właśnie dziesięciolecie istnienia. W 1998 roku Rurak-Sokal, skrzypek i kompozytor, zebrał skład postanawiając spróbować sił w muzyce rozrywkowej. Trzy lata zajęło dojście do pierwszych sukcesów. A potem nastąpiły one lawinowo. Już pierwsze single przyniosły grupie nagrodę Fryderyka w kategorii Nowa Twarz Roku 2001. Następnie było wyróżnienie w Opolu, platynowy nakład debiutanckiej płyty „Fanaberia” (2002) i megaprzebój „You May Be in Love”. Rok 2003 stał pod znakiem podobnych sukcesów. Hit „Do nieba, do piekła” zdobył serca słuchaczy oraz Nagrodę Jury i Super Jedynkę w Opolu, a druga płyta, „Demi-sec”, pokryła się złotem. Kolejna Super Jedynka trafiła na konto Blue Cafe w roku 2004, zespół intensywnie też koncertował: poza Polską m.in. w USA, Kanadzie, Belgii, Francji i Hiszpanii. W 2005 roku doszło do zmiany wokalistki. Na miejscu Tatiany Okupnik pojawiła się młoda i utalentowana-Dominika Gawęda. Płyta „OVOSHO” (2006) osiągnęła status złotej, a piosenki „Baby, baby” i „My Road” długo nie schodziły z czołówek najważniejszych list przebojów.

Z okazji jubileuszu Blue Cafe szykuje szereg niespodzianek. Ich przedsmakiem był występ z góralską kapelą z Zakopanego. „To tylko czubek góry lodowej, jeśli chodzi o to, co będzie się działo. Będzie dużo wyjątkowych koncertów, miejsc, spotkań” – zapowiada Paweł. Jak podsumowałby minioną dekadę? „Postawiłem kiedyś wszystko na jedną kartę. Rzuciłem wszystko, co miałem i założyłem zespół. Było to ryzykowne, bywało trudno. Gdybym nie miał wiary, pewnie bym się poddał. Wierzyłem jednak, że nadejdzie moment, w którym na koncertach ludzie będą śpiewać, wzruszać, się płakać – i wytrwałem. Reakcje słuchaczy są największą nagrodą dla kompozytora”.

„Four Seasons” – czwarta płyta Blue Cafe – daje gwarancję, że satysfakcja będzie trwała.

Zespół w 2007 roku podpisał kontrakt z wytwórnią QL MUSIC.

 

Blue Café w składzie:

Paweł Rurak Sokal: instrumeny klawiszowe, gitara, wokale

Dominika Gawęda: wokal, chórki

Marcin Błasiak: gitara basowa

Piotr Grąbkowski: saksofon

Sebastian Kasprowicz: gitara

Łukasz Moszczyński: perkusja

Michał Niewiadomski: puzon

Piotr Sławiński: trąbka

 

 


galeria »

Joanna Słowińska

Joanna Słowińska – występuje z własnym zespołem, złożonym z krakowskich instrumentalistów; jest też solistką dużych form oratoryjnych, skomponowanych m.in. przez Zygmunta Koniecznego (Serce moje gram, Noc listopadowa, Litania polska) i Piotra Rubika (Golgota Świętokrzyska, Tu es Petrus, Psałterz Wrześniowy).

Joanna jest laureatką wielu nagród fonograficznych – jej solowa płyta Live in Alchemia nagrodzona została przez Polskie Radio S.A. w plebiscycie krytyków muzycznych i dziennikarzy tyutułem „Folkowa Płyta Roku 2005” (II nominacja). W 2006 roku – jako solistka Tu es Petrus i Psałterza Wrześniowego – została laureatką „Multiplatynowej Płyty” Akademii Fonograficznej ZPAV, a w 2007 –jako solistka „Psałterza...” – laureatką „Superjedynki” w Opolu. Została też uhonorowana nagrodą główną GRAND PRIX Festiwalu Polskiego Radia Nowa Tradycja 2004, Niezależną Nagrodą Publiczności i Nagrodą Specjalną TVP Polonia, a w 2005 została laureatką Festiwalu Piosenki Aktorskiej we Wrocławiu.

Z autorskimi recitalami koncertowała w większości krajów europejskich i w USA.

 

1 października 2007 nakładem QL Music ukazała się nowa, solowa płyta Joanny. „Możesz być” – to album, który trudno zdefiniować i zamknąć w jednym gatunku muzycznym – Joanna przekracza granice stylów, łamie konwencje i kanony wykonawcze. W nieznany dotąd sposób – łączy nowe kompozycje autorskie z elementami muzyki tradycyjnej, Porywająca interpretacja, intrygujące (tradycyjne i współczesne) teksty, nowoczesne aranżacje i niepowtarzalne brzmienie zespołu – wszystko to składa się na album wyjątkowy.

 

Prasa:

Wojciech Ossowski, Polskie Radio:

Osobowość na miarę Cezarii Evory, Omary, Lila’i Downs (tej, co śpiewała we Fridzie). Nigdy wcześniej nie głosowałem na krakowiaków (...). Teraz już nie da się zignorować... [z recenzji płyty Joanna Słowińska – „Live in Alchemia” – plebiscyt dziennikarzy i krytków muzycznych Polskiego Radia: „Folkowa Płyta Roku 2005”]

 

Tomasz Janas, „Gazeta Wyborcza”:

Ktoś określił Joannę Słowińską mianem „Ewy Demarczyk polskiego folku”. Bo podobna sceniczna charyzma i niezwykły głos? (...) Bo pisuje dla niej Zygmunt Konieczny? Nie wiem. Chyba jest w tym prawda, ale także - jak w każdym podobnym porównaniu - jest paradoksalnie jakiś element niedocenienia. Odnoszę bowiem wrażenie, że dla Joanny Słowińskiej takie miano, choć niewątpliwie nobilitujące, jest niewystarczające, nieadekwatne. Ambicją Słowińskiej nie jest zapewne naśladowanie żadnej, choćby i największej polskiej pieśniarki, ale stworzenie własnej historii, estetyki, przekazu. I to jej się znakomicie udaje. (…) Joanna Słowińska to sceniczna osobowość. Biorąc pod uwagę jej skalę głosu, swobodę artykulacji (przy jednoczesnej grze na skrzypcach!), radość śpiewania, a wreszcie artystyczną i estetyczną jakość jej muzykowania, trzeba przyznać, że to jedna z najbardziej wyrazistych i charyzmatycznych postaci na polskiej scenie (...).

 

www.slowinska.art.pl

www.qlmusic.pl

 

Kasia Nosowska

„Ta płyta niesie przesłanie: ktoś, kto lubi muzykę, nie powinien się zawężać do jednego gatunku” – mówi Katarzyna Nosowska o swoim nowym albumie solowym. „Formuła ściśle elektroniczna jest dla mnie tematem zamkniętym. Tym razem nie wzbraniam się przed dobrym popem czy R&B, słychać też blues, rock, delikatne nawiązanie do reggae lub techno... To dowód na to, że kocham muzykę. Po prostu”.

„UniSexBlues” – tak brzmi tytuł płyty. I nie spodziewajcie się żadnych dalszych wyjaśnień. „Nie chcę tłumaczyć, co się za tym kryje” – zapowiada wokalistka. „Uważam wręcz, że słuchacz nie musi tego rozumieć! Ja do tytułów w ogóle nie przywiązuję wagi. Nienawidzę ich wymyślać – ten wymyślił Macuk”.

Marcin Macuk. Producent materiału, kompozytor piosenek i wykonawca większości partii instrumentalnych. Z jednej strony filar cenionej na scenie niezależnej grupy Pogodno. Z drugiej twórca piosenek dla wykonawców tak różnych jak Monika Brodka czy raper AbraDab...

Podobnie jak Nosowska, muzyk wywodzi się ze Szczecina. W roku 1992 zdarzyło mu się nawet grać na basie w pierwszej odsłonie Heya, macierzystej formacji wokalistki. „Był wtedy szesnastoletnim, prześlicznym młodzieńcem” – wspomina Katarzyna ze śmiechem. „Ale zagraliśmy razem tylko dwie próby i jeden koncert”.

Marcin pojawił się już na pierwszym solowym albumie Nosowskiej, „Puk Puk” (1996). Skomponował tam dwa utwory. Za resztę odpowiadał współzałożyciel Hey – Piotr Banach. Płyta zdecydowanie różniła się od dokonań zespołowych. Przyniosła muzykę elektroniczną, chłodną i niepokojącą. Publiczność zaakceptowała nowy wizerunek artystki. Album pokrył się złotem, a Nosowska otrzymała dwa Fryderyki – w kategorii Autor roku i Najlepsza płyta alternatywna.

W trakcie trasy koncertowej „Puk Puk” do wokalistki dołączył Paweł Krawczyk (dziś gitarzysta Hey) i Andrzej Smolik (wówczas współpracownik Roberta Gawlińskiego, później rozchwytywany producent). Ta ekipa weszła do studia, by zarejestrować drugą płytę Nosowskiej, „Milena” (1998). Promował ją duet z Kazikiem Staszewskim, zatytułowany „Zoil”, a także piosenka „Gdy rozum śpi”, napisana do filmu Władysława Pasikowskiego („Demony wojny wg Goi”). Kontynuacja elektronicznego kierunku spotkała się z uznaniem krytyków i fanów.

Trzecia solowa odsłona Nosowskiej objawiła się światu w roku 2000. Krążek nosił tytuł „Sushi”, Smolik był jego producentem i głównym kompozytorem piosenek. Podstawowy skład uzupełnił wtedy Przemek Momot (perkusja), a gościnnie pojawili się artyści tej miary co Robert Brylewski (legenda polskiego punk rocka), Mikołaj Trzaska (znakomity jazzman) czy Anthony Neale (muzyk brytyjskiej grupy Mainstream). „Sushi” przyniosło wokalistce dwa Fryderyki 2000: za Alternatywny album roku oraz w kategorii Najlepszy autor.

Potem nastał czas aktywności Heya (trzy premierowe płyty, ostatnia – „Echosystem” – ukazała się w 2005 roku), pisanie tekstów dla innych wykonawców (Justyna Steczkowska, Maryla Rodowicz), występy gościnne na płytach (Yugoton, Michał Żebrowski, Ścianka, Silver Rocket) i koncertach (Dezerter, Pidżama Porno)... Z kolejnym albumem solowym nie było pośpiechu. „Te projekty mają to do siebie, że powstają w absolutnie spontanicznych okolicznościach. Bez jakiejkolwiek presji. Widocznie tyle czasu musiało upłynąć, bym zebrała środki mentalne” – mówi Nosowska.

Wstępne prace z Marcinem Macukiem (poleconym przez Piotra Banacha) ruszyły przed siedmioma laty. Ale wizja nowego materiału zaczęła się krystalizować dopiero kilkanaście miesięcy temu. Finał: marzec i kwiecień 2007, we wrocławskim studiu Marcina Borsa. Poza nowym wizerunkiem muzycznym, zmieniły się też teksty. „Przy pierwszej płycie wyznaczyłam wyraźną granicę pomiędzy tym co dla Heya, a tym co dla mnie” – wspomina wokalistka. „Teksty na >Puk Puk< były ekstremalnie inne. Odważne, osobiste, maciczne... Później ta granica się trochę zatarła. Teraz wróciła: rzeczy solowe są poważniejsze, bardziej mroczne. I znów osobiste. W Heyu opowiadałam o tym, co widzę przez okno. Tu śpiewam o sprawach, które dotyczą mnie samej”.

Posłuchajmy „Metempsycho”. Ulubionego utworu artystki, wyznania traktującego o sprawach ostatecznych... Jakby dla kontrastu Kaśka śpiewa w nim głosem „dziecka kosmity” (nie przetworzonym elektronicznie!). W piosence słychać też drugi głos, Yumiko Ishijimę z grupy Papaya Paranoia. Poza japońską wokalistką wśród gości na „UnisexBlues” znalazł się m.in. Stanisław Sojka, który w utworze tytułowym „jak nikt gra nowoorleańskiego bluesa”.

Singlowa „Era Retuszera”, mimo skocznej, radosnej melodii, jest wyrazem niezgody na otaczający świat. „Staram się spędzać czas w domu, abstrahować od rzeczywistości i organizować ją sobie według własnego uznania” – mówi Katarzyna. „Ale nie jestem w stanie skutecznie odciąć się od tego, co na zewnątrz. Wykańcza mnie to, co tam widzę”.

Urzeka nastrojowa „Karatetyka”... „To o zdolności wybaczania. Kobieta jest organizmem ultradoskonałym. Potrafi się regenerować po ekstremalnie ciężkich doświadczeniach. Przetrwa wszystko”. Nosowska mówi poza tym o sobie słowami innych. Napędzana nowoczesnym beatem kompozycja „My Faith Is Larger Than The Hills”, to nic innego, jak interpretacja wiersza XIX-wiecznej poetki, Emily Dickinson. „Na tyle, ile wiem o jej życiu – mogłaby być moją bliską przyjaciółką” – wyjaśnia wokalistka. „Ona niemal zupełnie odcięła się od świata. Nie mam aż takiej odwagi, ale sercem jestem z nią”.

Koncertowy debiut nowego materiału miał miejsce w kwietniu 2007 roku, podczas uroczystości wręczenia Fryderyków (Nosowska dołączyła do pokaźnej kolekcji statuetkę w kategorii Autor roku). Publiczność mogła przedpremierowo posłuchać „Ery Retuszera”. Obok liderki na scenie pojawił się Marcin Macuk – gitara, Łukasz Moskal (Zakopower) – perkusja, Staszu Starship (Łąki Łan, Tworzywo Sztuczne) – bas i Jarek Jóźwik (Łąki Łan) – pianino. Wszystko wskazuje na to, że tak właśnie będzie wyglądał skład koncertowy „Unisex Blues”. Zbierany na wyjątkowe okazje... „Nie będziemy szli w ilość, tylko w jakość” – zapowiada artystka. „Damy kilka, może kilkanaście koncertów, za to w szlachetnej oprawie”.


galeria »

Piotr Polk

PIOTR POLK

premiera: 02.06.2008

 

„What a Wonderful World”. „Always On My Mind”. „Fly me to the moon”. Najbardziej klasyczne z klasycznych utworów, jakie wydała muzyka rozrywkowa. Kwintesencja stylu, smaku, elegancji... Cech, które bliskie są Piotrowi Polkowi. „Nie chcę odkrywać Ameryki” – deklaruje śpiewający aktor, który wziął te, i inne, standardy na warsztat. „Skoro zyskałem okazję nagrania płyty, chciałem zaśpiewać takie piosenki, jakich lubię słuchać. W takim rytmie bije po prostu moje serce. Chwilowe trendy przychodzą i odchodzą, ale nasze ucho wciąż pragnie wytchnienia, spokoju, kultury”.

Piotr zajmuje się piosenką niemal od początku swojej kariery. Do świadomości Polaków brawurowo wdarł się jednak jesienią ubiegłego roku. Stanął wtedy na podium w drugiej edycji muzycznego show telewizji Polsat, „Jak Oni śpiewają”. „Te cztery miesiące to była potężna lekcja cierpliwości, wytrwałości i odporności. Program znów wciągnął mnie w śpiewanie” – wspomina Polk, który w ostatnich latach koncentrował się na aktorstwie (choćby w serialach „Samo życie”, „Oficer” czy „Codzienna 2 m. 3”). „Rodzaj piosenek, które wykonywałem był mi raczej obcy. Jestem wychowany na interpretacji tekstów, na smakowaniu muzyki, a tu leciały hiciory, że aż grzmiało... Emocje sprawiły, że straciłem parę kilogramów, nabrałem jednak dystansu i jeszcze bardziej utwierdziłem się w gustach. Pozwoliło to wybrać na płytę naprawdę bliski mi materiał”.

Ten „bliski materiał” to połączenie ulubionych standardów, utworów wyszperanych w przepastnej, domowej płytotece (dominuje jazz i swing), ale i rzeczy które same się nasuwały. Jak „Smile” Charliego Chaplina, kompozycji z filmu „Dzisiejsze czasy”... „Słyszałem ją kiedyś, potem o niej zapomniałem, a ostatnio wciąż do mnie w różnych miejscach wracała. Nie jestem przesądny, lecz stwierdziłem, że coś w tym musi być. I zająłem się nią” – mówi Piotr. W zestawie wyróżnia się też „All The Way”, spopularyzowana przez Franka Sinatrę: „On to zaśpiewał bardzo prywatnie – tu sobie chrząknie, tu popije... Ale ta wersja bardzo mi się spodobała, inspirowała mnie. To piękna piosenka i bardzo moja. Gdybym mógł, sam napisałbym taki tekst”. Powyższe utwory są nastrojowe, co nie znaczy że płyta składa się wyłącznie z takich. „Jest tu kilka mocnych, bigbandowych numerów, jak ja to mówię – po byku” – śmieje się Piotr wymieniając „L-O-V-E”, który śpiewał Nat King Cole.

W zestawie nie zabrakło kompozycji premierowej, „Friends”, z gościnnym udziałem Wojciecha Malajkata i Zbigniewa Zamachowskiego. „Płyta ma być wyrazem mojego stylu i mojego systemu wartości. Wartością bezwzględną jest przyjaźń. Postanowiłem zaprosić moich przyjaciół – Wojtka i Zbyszka. Oni reprezentują fajny gust, znamy się tyle lat... Niech to zostanie utrwalone” – tłumaczy Piotr. „Utwór utrzymany jest w klimacie pozostałych. To stylizacja i zarazem żart muzyczny”. Tekst napisała Maggie W. Wright (pseudonim kryjący bardzo ważną dla Piotra osoba), autorka „Klubu Hipochondryków”, cyklu spektakli, z którymi aktorzy występują w warszawskim Teatrze Syrena. Muzykę do piosenki „Friends” skomponował Wiesław Pieregorólka.

Pieregorólka – uznany kompozytor, producent i aranżer odegrał w powstawaniu płyty wielką rolę. Polk powierzył mu pieczę nad kształtem materiału: „Na naszym rynku niewielu jest aranżerów, którzy potrafiliby połączyć big band z orkiestrą, chórkami. Wiesiek, wytrawny jazzman, potraktował to jako wyzwanie. Pracowało się fantastycznie. Mam do niego pełne zaufanie. On wybierał muzyków, miejsce nagrywania i tak dalej... Okazało się w dodatku, że jest moim krajanem, Ślązakiem, co jeszcze bardziej zbliżyło nas do siebie”.

Panowie spędzili dziesiątki godzin i wypili morze kawy na „próbach stolikowych”. Słuchali różnych wykonań kompozycji, omawiali aranżacje, Piotr improwizował partie wokalne... „Pokutuje błędne rozumowanie, że jak się nagrywa covery, trzeba to zrobić zupełnie inaczej” – deklaruje. „Wybrałem rozwiązanie w pół drogi. Moja wrażliwość dyktuje nieco inne podziały, tempo i tak dalej – jest to na pewno inne od oryginałów. Zachowałem jednak ich ducha, podszedłem do sprawy z szacunkiem. Wiesiek świetnie wyczuł moje intencje: z jednej strony delikatność, z drugiej żart, lekki dystans”.

Takie podejście do muzyki Piotr wyniósł z domu. Jego ojciec grał na akordeonie, dziadek na tubie... Ten pierwszy namówił syna, by zapisał się do szkoły muzycznej. Wymagało to poświęceń – dojeżdżania pociągiem z rodzinnych Kalet (miasteczko 25 kilometrów na południe od Częstochowy) do Lubińca – i wytrwałości. „Nie mogłem się do tej nauki przekonać, nie podobało mi się zwłaszcza, że nie można grać z głowy, tylko trzeba zgłębiać nuty. Wytrwałem jednak do końca, zdobywając umiejętności gry na fortepianie, akordeonie, gitarze i perkusji”. Równocześnie Polk uczył się w technikum elektrotechnicznym, gdzie przekonał dyrekcję do stworzenia zespołu rockowego, dla którego uczniowie samodzielnie wykonają sprzęt. „Zespół nazywał się Boss, graliśmy własne kompozycje. Niestety, daliśmy tylko dwa koncerty. Drugi zakończył się zapaleniem świateł, wpadła milicja, bo ktoś komuś ukradł torebkę. Tak się skończyła nasza kariera”.

Po skończeniu szkoły średniej myślał, że muzycznych umiejętności nie wykorzysta, ale przydały mu się w wybranym zawodzie. W 1986 roku ukończył studia w Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi. Na przełomie lat 80. i 90. współpracował z Agnieszką Osiecką, biorąc udział – wraz z Ewą Błaszczyk – w kilkunastu odcinkach telewizyjnego programu „Sentymenty”. „Każdy wymagał wykonania kilku piosenek, niektóre z nich trafiły na płytę ‘Pięć oceanów’” – wspomina. Współpracował poza tym z Jerzym Satanowskim w Teatrze Nowym w Poznaniu, brał udział we wrocławskim Festiwalu Piosenki Aktorskiej, śpiewał w kabarecie Jana Pietrzaka, przygotował dla telewizji trzy recitale: piosenki angielskiej, francuskiej i niemieckiej (biegle posługuje się językami obcymi)...

Jak mówi – scena to jego żywioł, o czym można się będzie przekonać na koncertach związanych z promocją albumu. „Podchodzę do tego jak do przygody” – podsumowuje. „Wiem, że mam inny zawód, nie jestem wokalistą, płyta nie jest moim być albo nie być. Ufam, że ten wewnętrzny spokój jest wyczuwalny. A jeśli moja wrażliwość spotka się z wrażliwością innych ludzi, z przyjemnością pójdę dalej tą drogą”.


galeria »

IRA

IRA

Londyn 08:15

Premiera 31 sierpnia 2007

 

Najnowszy ósmy studyjny album IRY, „Londyn 08:15”... już w sklepach!

Znajdziemy tu wszystko, co najlepsze z dotychczasowego dorobku grupy, wzbogacone nowoczesnym brzmieniem. Sama muzyka to nie wszystko. Wystarczy spojrzeć na tytuł, by zorientować się, że zespół – jak zwykle – trzyma rękę na pulsie rzeczywistości.

Twórcy hymnu „Mój dom” mają pełne prawo do śpiewania o emigracji. Gadowski: „Tamten utwór, z 1990 roku, był pełen nadziei. Że stąd nie wyjedziemy, że coś się zmieni. Wszyscy liczyli, że będzie inaczej. A wyszło... jak zwykle”.

 

Dlaczego „Londyn”? „Wyjechało tam mnóstwo Polaków. Rozglądamy się dokoła, dotyczy to także naszych znajomych. To ludzie wykształceni, którzy mogliby coś zrobić dla kraju. A tam są murarzami, piekarzami lub zajmują się innymi dziwnymi rzeczami. Co więcej, wiele osób mówi, że zostanie za granicą. Brak motywacji do powrotu”. Nie trzeba się natomiast doszukiwać niczego w tytułowej godzinie. To przypadek – pasowała do piosenki.

 

Autorem większości tekstów jest współpracujący z IRĄ Wojciech Byrski. Siedmioletnia znajomość sprawia, że pisane przez niego słowa bliskie są przeżyciom muzyków.

„Londyn 08:15” to propozycja dopracowana pod względem brzmieniowym i kompozycyjnym. „Dźwięk jest selektywny, dynamiczny, sprawia wrażenie bliskości w słuchaniu i przede wszystkim jest naturalny” – zapowiada wokalista. I dodaje, że zmiany składu wpłynęły na muzyczne oblicze grupy. „Teraz jest chyba bardziej demokratycznie. Więcej osób komponuje, każdy coś dokłada. Stąd zróżnicowanie nowego materiału. Mimo, że jesteśmy w jednym zespole, każdy wypowiada się w inny sposób”. Od ballad po utwory niemal hardrockowe...

 

1. Intro

2. Londyn 08:15

3. Gdyby tak

4. Głaz

5. Jeszcze jeden raz

6. Trochę wolniej

7. Tacy jak my

8. Chłopiec

9. Czy nie ma już nic

10. Szkoda dnia

11. Nie pytaj

12. Labirynt

13. Okno


galeria »

Łukasz Zagrobelny

Łukasz Zagrobelny. Z wykształcenia dyrygent chóralny, z zamiłowania wokalista fantastycznie dyrygujący własnym głosem.

W 1998 zauważony i doceniony przez Elżbietę Zapendowską na jednym z festiwali, zostaje zaproszony na prowadzone przez Nią i Andrzeja Głowackiego warsztaty wokalne.

Rok później, już w gronie debiutantów Festiwalu Opolskiego śpiewa niezwykle trudną piosenkę z repertuaru Mietka Szcześniaka „Przyszli o zmroku” Koncert prowadzi Natalia Kukulska, która niedługo później zaprasza Łukasza do śpiewania chórków w Jej zespole.

Ich współpraca i przyjaźń, trwa do dziś. Łukasz wspierał wokalnie również takich artystów, jak Maryla Rodowicz czy Ryszard Rynkowski. Śpiewał też w chórkach w wielu programach telewizyjnych, m.in. „Show Time” oraz „Idol”.

Od 2000 Łukasz związany był z Teatrem Muzycznym Roma, gdzie wystąpił w „Miss Saigon”, „Grease”, „Kotach”, „Tańcu Wampirów” i „Akademii Pana Kleksa”.

W 2007 roku spełniło się największe marzenie Łukasza – wydał swój solowy album „Myśli warte słów”. Jego producentami są Piotr Siejka i Szymon Sienko, Muzycy biorący udział w sesjach to absolutny top, m.in. Michał Dąbrówka, Piotr Żaczek, Marcin Majerczyk oraz Piotr Siejka, który jest też kompozytorem większości utworów. Promujące album single „Nieprawda” oraz „Życie na czekanie” stały się hitami i do dziś doskonale radzą sobie na listach przebojów. W 2007 Łukasz wystąpił również w finale konkursu Sopot Festival 2007.

Rok 2008 zaczął się niezwykle obiecująco. Łukasz w duecie Eweliną Flintą nagrał piosenkę promującą film P. Wereśniaka pt. „Nie kłam kochanie”.Utwór „Nie kłam, że kochasz mnie” stał się wielkim hitem.

Początek 2008 roku dla Łukasza również zasłużona nominacja do Fryderyka 2008 w kategorii Nowa Twarz Fonografii, w pełni zasłużona nagroda ESKA Music Awards w kategorii Artysta Roku,oraz Superjedynka za duet z Eweliną Flintą "Nie kłam, że kochasz mnie"

W połowie lipca ukazała się reedycja albumu " Mysli warte słów".

Ważnym wyróżnieniem dla Łukasza było 3 miejsce na Festiwalu Krajów Nadbałtyckich w Karlshamn oraz Nagroda Publiczności zdobyte wraz z Eweliną Flintą za utwór "Nie kłam,że kochasz mnie".

Po nim duet Łukasza z Eweliną nagrodzony został 2m. miejscem na Telekamerach w kat.Muzyka oraz Viva Comet za Dzwonek Roku.

24 października odbyła się premiera słynnego filmu High School Musical 3, który promowała piosenka "Ty i Ja" nagrana przez Łukasza w duecie z Hanią Stach. Tego samego dnia na rynku ukazał się soundtrack z filmu

zawierający oczywiście utwór "Ty i Ja".

Łukasz użyczył również głosu głównemu bohaterowi HSM Troyowi, granemu przez Zaca Efrona.

Jak dotąd soundtrack z High School Musical 3 pokrył się podwójną platyną.

Premiera drugiego solowego albumu Łukasza „Między dźwiękami” odbyła się 24 kwietnia 2009.

Album promował singiel "Jeszcze o nas" z muzyką Piotra Siejki i tekstem Karoliny Kozak i Łukasza Zagrobelnego.

Kolejnym singlem wybrany został „Mówisz i masz”.

Trzeci singiel „Przyjdzie czas” trafił do stacji radiowych 30 listopada.

 

www.lukaszzagrobelny.com

www.zagrofans.pl

Hey

Bez przesady można powiedzieć, że Hey to jeden z najważniejszych polskich zespołów rockowych. Od 1992 r. ich twórczość – znakomite kompozycje opatrzone poruszającymi i szczerymi tekstami Katarzyny Nosowskiej szybko zjednały sobie publiczność. Pierwsza płyta Hey’a „Fire” wydana w 1993 r. jest dziś jedną z najmocniejszych pozycji kanonu polskich albumów rockowych. Kolejne studyjne wydawnictwa Hey’a to: „Ho!” (1994), „Heledore” (EP, 1995), „?” (1995), uznawana przez wielu fanów za najlepszy album w historii grupy. Kolejne to „Karma” (1997) oraz „Hey” (1999), po wydaniu którego zespół opuścił jego współzałożyciel i lider Piotr Banach. Zastąpił go gitarzysta Paweł Krawczyk (wcześniej m.in. Ahimsa i Houk), który doskonale wkomponował się w zespół, czego dowodem była płyta „[sic!]” (2001). Krążek przyniósł kilkanaście doskonałych piosenek, powrót na listy przebojów i renesans popularności Hey’a. Zorganizowaną z okazji 10–lecia istnienia zespołu trasę koncertową podsumował podwójny album „[koncertowy]” (2003). W tym samym roku został wydany premierowy album „music, music”, na którym Hey zaproponował dość eksperymentalne kompozycje nasycone elektroniką. I choć wielu twierdziło, że zespół zbyt daleko odszedł od swoich korzeni, to jednak frekwencja na trasie promującej to wydawnictwo potwierdziła, że publiczność doceniła również nowe pomysły muzyków. Kolejny studyjny album „Echosystem” (2005) jest zdecydowanie bardziej gitarowy i melodyjny niż poprzedni, a momentami wręcz przebojowy. Kilka miesięcy po jego premierze ukazało się DVD „Echosystem”, zawierające paradokumentalny film przedstawiający pracę zespołu nad płytą. We wrześniu 2007 w warszawskim Teatrze Roma odbył się koncert z cyku MTV Unplugged. Nowe aranżacje piosenek, wyśmienici goście i rozbudowane instrumentarium sprawiły, że znane piosenki Hey’a zyskały zupełnie nowe oblicze. Koncert wydany w formie CD i DVD stał się jednym z bestsellerów roku 2007. Krótko po tym wydarzeniu zespół zagrał kolejną jubileuszową trasę – „92-07”, tym razem z okazji 15. urodzin.

 

Hey nagrał dotychczas osiem płyt studyjnych i trzy koncertowe. Wśród wielu nagród, jakie otrzymał, muzycy bardzo cenią sobie „Złoty Bączek”, który zespół otrzymał na Przystanku Woodstock, za najlepszy koncert na festiwalu w 2004 r. Wyboru dokonali uczestnicy imprezy. Warto również wspomnieć, że Hey i Katarzyna są najczęściej nominowanymi artystami w historii nagród Fryderyk – podczas ostatniej edycji płyta „Hey MTV Unplugged” została doceniona trzykrotnie – w kategoriach: album rock/metal, najlepsza oprawa graficzna płyty oraz produkcja muzyczna roku. Katarzyna zaś została m.in. autorką i wokalistką roku. Wydawnictwo to zostało nagrodzone również przez słuchaczy Radia Eska Rock, którzy wybrali go najlepszym polskim rockowym albumem 2007 r. Na jesieni odbyła się trasa koncertowa HEY MTV Unplugged; zespół dał również koncert w londyńskim klubie Scala.

 

Początek roku 2009 upłynął pod znakiem pracy nad nowym albumem, którego część instrumentalna została zarejestrowana w urokliwym miasteczku westernowym w Sarnowej Górze, a wokale w studio Fonoplastykon we Wrocławiu. Płyta zatytułowana „Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!” ukazała się 23 października 2009 r. i znalazła do tej pory niemal 60 tys. nabywców. Zespół promował płytę trasą „Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!”.

 

Skład zespołu:

Katarzyna Nosowska – wokal, Marcin Żabiełowicz – gitara, Jacek Chrzanowski – bas, Robert Ligiewicz – bębny, Paweł Krawczyk – gitara.

Podczas koncertów zespół wspomagają na instrumentach klawiszowych Krzysztof Zalewski lub Marcin Macuk.

 

W międzyczasie ukazało się pięć płyt solowych Nosowskiej: „puk puk” (1996), „Milena” (1998), „Sushi” (2000), „UniSexBlues” (2007), „Osiecka”, 2008).

W ramach ciekawostki, warto też wspomnieć, że w latach 2002-2004 Nosowska wspomagała na koncertach legendę polskiego punka – grupę Dezerter.

 

28 maja 2010 ukaże się płyta HEY „RE-MURPED!” będąca zaskakującą propozycją zarówno dla fanów Heya, jak i miłośników muzyki elektronicznej i klubowej. Piosenki znane z krążka „Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!” zostały zremisowane przez takich Artystów jak Smolik, Plastic, Bueno Bros, Rawski i innych.

 

Bieżące informacje dotyczące najbliższych koncertów i działalności zespołu można znaleźć na www.hey.pl, www.myspace.com/heypl, www.youtube.com/heypltv